czwartek, 18 kwietnia 2013

Dzień około 192....

Przyszedł czas kiedy trzeba się po troszę rozliczyć z programem jakim jest Erasmus. Dla wielu jest to dopiero drugi miesiąc wspaniałych przygód i tego kolorowego świata. Niemniej jednak, decydując się przyjechać tutaj na rok udało mi się przeżyć dwie niesamowite przygody i tym samym jestem tutaj już prawie 8 miesięcy.

Jeśli chodzi o Program Erasmus z pewnością ma on wiele zalet, jedną z największych jest nauka aklimatyzacji w nowym miejscu i środowisku. Jest jednak coś co w programie uderza mnie bardziej. Być może podowem moich rozważań jest fakt, że miałam szanse przebywać i obserwować wszystko przez aż dwa semestry.

Pierwszy, w którym sama poznawałam meandry erasmusowego życia. Nieprzetartę szlaki Budapesztu, zakochiwałam się w pogodzie, kwiatach, słońcu, liniach metra, autobusach co pięć minut. Znajdowałam swoje ulubione miejsca: wiecznie zatłoczony LEVES z przepysznymi zupami, Charlotte i white chocolate muss, California Coffee Company na Kalvin ter, Stefania Resteurant w której wino tańsze jest od wody. Zachwycało mnie piwa na Margid Island, spacery przez most, wspinanie się na wzgórza Budy. Znalazłam nowych przyjaciół wspaniałą Hannah, Little Anię (tak ja to ta dużą), Joannę, Loica, Caroline i Ann-Christine. Kiedy ostatecznie pierwszy semestr dobiegł końca. Miałam wątpliwości tęskniłam za Warszawą, a jednak o powrocie nie było mowy.

I wtedy przyszedł czas kiedy większość z tych, którzy stanowili cząstkę mojego życia wyjechało, przyjechali nowi, inni, kolorowi i cały świat wokół jakby troszkę się zmienił, cały Budapest nabrał innych barw, innych smaków i zapachów. I jeśli ktoś by mnie zapytał, który semestr jest lepszy? Nie umiałabym dać jednoznacznej odpowiedzi,  odpowiedziałabym, że każdy z tych semestrów był po prostu INNY... Dziś wiem, że pomimo dwóch miesięcy, które przede mną, jedną nogą jestem już w Warszawie, a zarazem tęsknie za Budapestem, za Budapestem, który już za 3 miesiące zniknie z powierzchni ziemi, przynajmniej w takim kształcie, w jakim go poznałam, bo miasto to ludzie.

Przeraża mnie „sztuczność”, a zarazem „pełnia” tego dziwnego tworu, w którym grupa ludzi przyjeżdża do jednego miejsca, spędzić cześć swego życia, a później jak bańka mydlana wszystko znika w ciągu jednej sekundy. Z pewnością sentyment jeszcze nie raz przywiedzie mnie do Budapestu, lecz pomimo ulic, które wciąż tu będą, Parlamentu, Dunaju, Lasku Miejskiego, nic nie będzie takie same, bo miasto w którym spędziłam rok swojego życia, będzie jakby wyludnione. Tylko kilka ciepłych serdecznych duszyczek jak Hajni czy Tundi z którymi z przyjemnością spotkam się przy herbacie.

Rozglądam się więc chodząc ulicami Budapestu i myślę o tym czasie, kiedy nas już nie będzie, kiedy przyjadą nowi pewnie bardziej kolorowi, ciekawi inni i tylko w głowie lata gdzieś myśl, dlaczego właśnie my, właśnie tu, w tym samym czasie, bo cytując „klasyka” podobno nie ma przypadków...

Widok z przystanku autobusowego.

Jedna z najbardziej popularnych cukierni Sugar, w którym kelnerzy wyglądają jak postaci z Fabryki Czekolady.

Mój pierwszy medal, który dostałam po zdobyciu go przed Carole! Dziękuje Kochana! Naprawdę wzruszające spełnienie marzenia z dzieciństwa!

A tu moje oba Złotka:)


Jeśli chodzi o różnice pomiędzy semestrami to nawet, droga na Uniwersytet została zmieniłam na krótszą. Ferenciek tere zdradziłam dla przystanku Astoria i tak o to przedstawia się moja nowa ścieżka..

Ogród, przez który przebiegam w drodze na Uniwerek.

Erasmus to poza oczywistymi zaletami dużo, dużo, dużo czasu na czytanie :D:D:D

A tu moja całkiem nowiutka karta biblioteczna w Instytucie Polskim :)